Namibia. Już samo to słowo brzmiało jak obietnica przygody, jak szept pradawnych pustyń i nieskończonych horyzontów. Z grupą świetnych przyjaciół i moim bratem znaleźliśmy się pośród tego pięknego, surowego krajobrazu, a wszystko było perfekcyjnie zorganizowane przez naszego przyjaciela Romana. Od pierwszej chwili było jasne, że to nie będzie zwykła wyprawa. Byliśmy zgraną ekipą, nadającą na tych samych falach, gotową cieszyć się każdą chwilą. Nasza baza? Wolny obwód łowiecki na południe od Parku Narodowego Etosha – miejsce, które idealnie łączyło afrykańską autentyczność z usługami na najwyższym poziomie. Od porannej kawy z widokiem na sawannę, gdzie pasły się antylopy, aż po wieczorne ogniska pod rozgwieżdżonym niebem, które wydawało się nie mieć końca – każda chwila była przepełniona radością i przyjaźnią. Obsługa była bez zarzutu, jedzenie wyśmienite, a zakwaterowanie na najwyższym poziomie, co pozwoliło nam w pełni skupić się na tym, po co tu przyjechaliśmy – na polowaniu, które miało stać się legendą.

Polowanie w Namibii to nie tylko sport, ale również głębokie zanurzenie się w lokalnej kulturze i przyrodzie. Każdy dzień zaczynał się przed świtem, gdy mgła wciąż unosiła się nad buszem, a powietrze było rześkie i pełne oczekiwania. Nasi doświadczeni przewodnicy byli chodzącymi encyklopediami – znali każdy kamień, każdy trop i każdy dźwięk. Uczyli nas czytać krajobraz, rozpoznawać ślady zwierzyny i rozumieć jej zachowanie. Nie chodziło tylko o sam strzał, ale o cały proces – o cierpliwość, szacunek do natury i pokorę wobec jej siły. A my chłonęliśmy to wszystko z prawdziwym entuzjazmem.

Namibijska przyroda sama w sobie zapiera dech w piersiach. Nieskończone równiny usiane akacjami, skaliste wzniesienia i sporadyczne zbiorniki wodne, które są źródłem życia dla całej zwierzyny. Widzieliśmy stada zebr, impali, gnu, żyraf i wielu innych gatunków zwierząt. Powietrze było wypełnione typowymi afrykańskimi dźwiękami – krzykiem ptaków, brzęczeniem owadów i odległym wyciem szakali nocą. Była to symfonia dzikiej przyrody, która głęboko zapisała się w naszej pamięci.

Łowieckie zwyczaje i tradycje są tu mocno zakorzenione. Po udanym polowaniu zwierzyna zawsze traktowana jest z najwyższym szacunkiem. Mięso zostaje przetworzone i wykorzystane, skóra odpowiednio przygotowana, a trofea starannie zabezpieczone. To część naturalnego cyklu życia w buszu. Wszystko to nadawało naszej wyprawie dodatkowy wymiar i głębię. Udało nam się pozyskać wiele zwierząt, a każde trofeum opowiadało własną historię i było efektem wspólnego wysiłku oraz wielu godzin spędzonych w buszu. Każdego wieczoru przy ognisku dzieliliśmy się przeżyciami, śmialiśmy się i cieszyli każdą chwilą tej niezwykłej podróży.

Pozyskaliśmy wiele zwierzyny, ale w mojej głowie wciąż rezonowało jedno marzenie: upolować oryksa. Uparta antylopa o eleganckich, prostych rogach, która porusza się po buszu niczym duch. Kilka razy miałem go już na muszce, serce waliło mi jak oszalałe, ale za każdym razem strzał okazywał się niecelny. Frustracja rosła z każdą nieudaną próbą. Przyjaciele dodawali mi otuchy, uspokajali i motywowali, bym skupił się na celu, ale nawet oni wiedzieli, że czasem los po prostu nie sprzyja. Pragnienie zdobycia tego jednego zwierzęcia było niemal bolesne, a każda porażka tylko umacniała mnie w determinacji.

Ostatnie wyjście. Ostatnia szansa. Słońce zaczynało już chować się za horyzontem, malując niebo na pomarańczowo i fioletowo. Razem z moim przewodnikiem, Rohanem, siedzieliśmy przy jednym z wodopojów. Nagle, w oddali, około kilometra od nas, dostrzegłem go. Był tam. Mój oryks. W tamtej chwili poczułem ogromną falę nadziei i adrenaliny. Rohan, dzięki swojemu niesamowitemu instynktowi i znajomości terenu, wpadł na pomysł. Wskazał pobliską górę. „Wejdziemy tam” – powiedział – „i spróbujemy podejść go z przeciwległego zbocza przez dolinę.”

Wiedzieliśmy, że to będzie fizycznie wymagające. Wspinaczka po kamienistym, nierównym terenie, z karabinem w ręku, wymagała maksymalnego skupienia i siły. Pot spływał mi po czole, mięśnie paliły, ale adrenalina i pragnienie spełnienia marzenia pchały mnie naprzód. Czułem każdy kamień pod butem, słyszałem własny przyspieszony oddech. Gdy w końcu dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazał się zapierający dech widok. Pod nami rozciągała się dolina, a na przeciwległym zboczu, niczym posąg wykuty z kamienia, stał on – mój wymarzony oryks.

Wziąłem głęboki oddech, uspokoiłem puls dudniący mi w uszach. Rohan pomógł mi zająć stabilną pozycję. 220 metrów. Wiedziałem, że to moja ostatnia szansa. Świat na chwilę się zatrzymał. Wszystko inne zniknęło, pozostało tylko absolutne skupienie i niewiarygodne napięcie. Istnieliśmy tylko my – oryks w lunecie i ja. Skupiłem się na oddechu, na spuście, na tym jednym decydującym momencie. Nacisnąłem spust.

Strzał rozniósł się w ciszy, a echo poniosło się po okolicy. Oryks padł. W tej chwili przez moje ciało przeszła fala emocji, której nie da się z niczym porównać – czysta, prawdziwa euforia, ulga, wyczerpanie, ale przede wszystkim głębokie, niewiarygodne poczucie spełnienia. Udało się! Moje marzenie o oryksie stało się rzeczywistością. Był to moment zwycięstwa nad własnymi wątpliwościami i nad wyzwaniem, które postawiła przede mną natura. Z Rohanem objęliśmy się, uścisnęliśmy sobie dłonie, a w naszych oczach było wzajemne zrozumienie i szacunek, który pogłębiał się z każdą wspólnie spędzoną chwilą. Czułem ogromną wdzięczność za jego prowadzenie i za to, że mogłem przeżyć tak intensywny moment.

To polowanie w Namibii nie było tylko o trofeach, ale o pokonywaniu samego siebie, o cierpliwości i o nieopisanym poczuciu więzi z dziką naturą. Było o sile przyjaźni, która trzymała nas razem, o wspólnych przygodach i śmiechu. Wieczorem siedzieliśmy z przyjaciółmi przy ognisku, opowiadając sobie przeżycia i przygody z tej niezwykłej wyprawy. To wszystko – od luksusu naszego campu po surowe piękno buszu, od niezapomnianych chwil z przyjaciółmi po zdobycie mojego wymarzonego trofeum – stworzyło doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę. To przeżycie na zawsze pozostanie zapisane w mojej pamięci jako symbol spełnionego marzenia i niezapomnianej afrykańskiej odysei.
A dzięki HEMING hunting to marzenie stało się rzeczywistością – z maksymalnym komfortem, bezpieczeństwem i naciskiem na etyczne podejście do polowania.

 

Autor: Martin H.

Afryka w lunecie: przygoda, która zaczęła się marzeniem, a zakończyła trofeum 

Zainteresował Cię artykuł Afryka w lunecie: przygoda, która zaczęła się marzeniem, a zakończyła trofeum?

Jestem zainteresowany

afrika-v-hladaciku-dobrodruzstvo-ktore-sa-zacalo-snom-a-skoncilo-trofejou

africa-in-the-crosshairs-an-adventure-that-began-as-a-dream-and-ended-with-a-trophy

afrika-v-hledacku-dobrodruzstvi-ktere-zacalo-snem-a-skoncilo-trofeji